środa, 12 lutego 2014

Dwa lata później. Szaleństwo trwa, czyli popisy PKP IC

Minęły dwa lata odkąd po raz ostatni umieściłem tu swój wpis. Zachęcony miłymi słowami nielicznych czytelników postanowiłem przeprosić się (przynajmniej na chwilę) z tym podobno wspaniałym i opiniotwórczym narzędziem jakim jest blog i ponownie dorwać się do klawiatury, aby podzielić się swoimi spostrzeżeniami na temat obecnego stanu kolei w Polsce. Smutne to i przygnębiające zajęcie. Rzekłbyś - istna kalwaria. Tym bardziej gdy porówna się to z doświadczeniami z mitycznego zachodu.

Dlaczego jeszcze raz chce mi się narzekać, krytykować i wyśmiewać? Bo wydaje mi się, że łagodne głosy krytyki nie mają już sensu. Abstrahując od tego, że we wspaniałej Republice Balanu wiele jest instytucji które nie tyle wymagają programowej naprawy, co wrypania się rozpędzonym buldożerem w całą ich strukturę, pozwolę sobie na zanudzenie Was kilkoma kolejowymi tematami (swoją drogą marzy mi się poprowadzenie bloga jeszcze na temat ZUSu i NFZ - które zajmują zaszczytne miejsce wśród naczelnych krajowych instytucji zaufania publicznego, ale czasu tyle nie mam).

Tytułem wstępu trochę o pojęciu racjonalizacji i optymalizacji kosztów: w Słupsku, miejscu mojego narodzenia, "racjonalizacja" 40 lat temu wyglądała tak, że w okolicach mojej uczelni ktoś sprytny tak zbudował system odprowadzania ścieków, że na dużym jego fragmencie zastosowano rury o profilu mniejszym niż należało to zrobić. Nazwano to racjonalizacją, albo optymalizacją wydatków. Skutek jest taki, że nawet przejeżdżając autem w tamtych okolicach trzeba okna zamykać, wentylacje przestawiać na tryb mielenia powietrza w aucie, bo nie daj Boże zassie i szybę treścią żołądkowa zalejesz, tak ładnie pachnie. A to grozi już wypadkiem.

I tak mi się skojarzyła ta historia z pomysłem kolejnej już "optymalizacji" połączeń, jaką nasz najukochańszy przewoźnik kolejowy PKP Intercity zaplanował od 8 marca roku bieżącego. To nie tak, żeby inni byli mniej kochani, ale order buraka tym razem ląduje w łapach PKP IC. Dlaczego?

Spółka PKP Intercity w roku 2013, tak jak i w kolejnych latach, wspaniałą, gigantyczną STRATĘ. Mimo dotacji od państwa, za zeszły rok to tylko...110 milionów złotych. Piszę "tylko", bo nastroje w PKP Intercity niespecjalnie się pogorszyły, o czym świadczy wypowiedź Marcina Celejewskiego, członka zarządu PKP IC dla portalu Rynek Kolejowy:
"Odpływ pasażerów, choć martwi, nie jest dla nas zaskoczeniem. Pamiętajmy, że odbudowa zaufania do kolei to proces, który jest możliwi dzięki systemowym zmianom realizowanym we wszystkich spółkach Grupy PKP"
. Ech... Chusteczka na pocieszenie już przygotowana. Chłopaki z PKP IC (i pozostałych spółek pkp) - nie martwcie się, wygląda na to, że bez względu na to czy będziecie mieli 110 milionów straty, czy 210, czy więcej jeszcze, państwo i tak da Wam dotacje. Bo państwo, wciąż Wam ufa pompując w was grube miliony. Jedni ufają, drudzy nie, tak to już w życiu jest. No, nie martwcie się już, dobrze że chociaż zaskoczeni nie jesteście. Systemowe zmiany na szczęście już nadchodzą. I to we wszystkich grupach na raz! Przybądź kraino mlekiem i miodem płynąca!

I jak dobrze, że środek zaradczy już wynaleziony! Chłopaki łzy otarli, pogadali, herbaty się z cukrem napili, glukoza skoczyła. Jest. Wymyślili. Eureka. Trudna decyzja jednak to była. Dura Lex, sed lex... No i w eter z początkiem roku poszło info od niezastąpionych marketingowców, że owszem, strata jest, ale remedium też już jest. Od 8 marca potniemy 10% połączeń i będzie gitarka...

Dziwicie się zasępieniu nad losem płaczących członków zarządu, że PKP Intercity tak późno zareagowało na taki cios (wprawdzie zaskoczenia nie ma...), jak niezrozumiały i niczym niewytłumaczalny odpływ pasażerów? O nie, oni myśleli o tym już dużo wcześniej. Min. likwidując od 1 stycznia ofertę max 26 (26 procentowa zniżka dla osób niebędących studentami) i wycofując ofertę Last Minute (spora zniżka na przejazd pociągami EIC w przypadku wolnych miejsc na pół godziny przed odjazdem). Ktoś z Was pewnie zakrzyknie, że tak ubogiej oferty promocyjnej nie ma żadna kolej w Polsce (biję się w pierś - zjeździłem trochę Europy - wiem co piszę) i że likwidacja jakiejkolwiek oferty to strzał w stopę. Ale nie. PKP IC wie lepiej. IC wie też, że świetnie zorganizowana akcja promocyjna dla pociągów Pendolino za grrrrubą kasę, które w trasę wyjadą 15 miesięcy po tej akcji to wyborna inwestycja. Zwróci się, oj zwróci...

Oferty, bardzo fajne, będące wspomnieniem po ludziach którzy mieli ochotę rozruszać i uatrakcyjnić polską kolej zniknęły razem z topniejącym śniegiem na ultrahipernowoczesnych pendolino stojących na bocznicy w Warszawie i czekających na wyjazd na wlokącą się latami modernizacje linii Gdańsk - Warszawa (o PKP PLK nadzorującą tę i inne inwestycje później...) Kto z Was, drodzy czytelnicy, wiedział, że osoby do 26 roku życia miały zniżkę 26% w pociągach? Kto z Was wie, że za 74 złote można jeździć po Polsce przez cały weekend? Nikt? 10%? Za to pendolino w TV widział każdy. Ulotki, sztuczne ognie, baloniki..

Tak, tak, marketing to podstawa...

Tak więc, nie ma opcji, likwidować trzeba, pracę eksploatacyjną ciąć. Frekwencja mała, ludzie nie jeżdżą - remedium znaleziono. Po co reklamować, ceny obniżać, promocje organizować. Nie stać Was na przejazd ze Słupska za 62 złote (z przesiadką w Stargardzie jeszcze drożej i dłużej) w ciągu 5 godzin do Poznania, albo za 40 zeciszy do Gdańska? No jak to... przecież to wyborna cena za tę usługę... Przejazd wagonem z lat 80-tych z wadliwym ogrzewaniem, bez klimatyzacji - nie zapłacicie? Na serio wolicie jechać autem za połowę ceny z blablacar lub carpoolingiem i szybciej o godzinę? Na serio tańszy klimatyzowany autobus z wifi jest lepszy? PKP Intercity wie lepiej jak umilić podróż. A jak nie, to łaski bez. Dotacja od państwa i tak będzie...

A teraz na serio: plany likwidacji prawie 10% połączeń od 8 marca to tragedia. Przez 4 dni w tygodniu mieszkańcy Pomorza Środkowego wydostaną się ze stolicy Wielkopolski najpóźniej o godzinie 14:45 i to z przesiadką (TLK Słowiniec pojedzie tylko 3 dni w tygodniu). Kolej (nie tylko IC) przez lata olewało sobie pasażerów nie dbając o nich, zmieniając co pół roku siatkę połączeń (genialnie przyczynił się do tego zarządca infrastruktury - PKP PLK), likwidując i reanimując co kilka miesięcy połączenia. Pieniądze, jakie płaci się za przejazd to kwoty tak dalece niewspółmierne do komfortu i czasów przejazdu, że to odklejenie od rzeczywistości w ogóle trudno sobie wyobrazić ludziom od marketingu i handlu, którzy poważnie traktują swój zawód i pracują w normalnych firmach...

"Kolej jest jak system naczyń połączonych" - powtarzam tylko to, co mówią na ten temat eksperci, za którego się nie uważam: jeśli odciąć rzekę (główne linie) od strumieni, rzeka straci wodę (pasażerów). Dalsza likwidacja połączeń kolejowych w tym kraju nosi znamiona sabotowania tego środka transportu i tak należy to oceniać. Dzięki takim posunięciom idę o dobre wegetariańskie żarełko, że w przyszłym roku PKP IC znów poinformuje z żalem, że "cios, cios straszliwy..." Odpływ pasażerów, zyski nie takie, spółka na giełdę wejść nie może... Ale dobrze przynajmniej, że zaskoczenia nie będzie, chłopaki i dziewczyny z PKP IC już się przygotowują, strachu nie będzie...

Miało być jeszcze słów parę o PKP PLK, ale jadu już tyle wylałem, że hoho, więc tylko o tym jeszcze jak to w sukurs pasażerom wyszła inna kolejowa firemka, o nazwie TK Telekom, znana z tego, że dzięki niej odbywa się sprawdzanie 90% połączeń kolejowych przez internet w TYM dobrze Wam znanym miejscu. Idąc na fali wybitnych poczynań siostrzanych spółek, TK Telekom wyłączyło opcję sprawdzania cen biletów. Gdybyście nie wiedzieli, z oficjalnego komunikatu TK Telekom wynika, że zrobili to dla Waszego dobra! (za rynek.kolejowy.pl):
"Po przeprowadzeniu analizy wyciągnęliśmy wniosek, że najlepszym i najbardziej komfortowym dla pasażerów rozwiązaniem będzie całkowite wyłączenie modułu cenowego w internetowym rozkładzie jazdy i odesłanie do stron internetowym przewoźników"
. W imieniu pasażerów, dziękuję!

Problemem było to, że system nie podawał cen promocyjnych, które na niektórych odcinkach są w rzeczywistości niższe od tego co pokazywał system. Obowiązują one może na 5% tras w Polsce i rzeczywiście należało tak zbudować system, aby ceny promocyjne (np. w ofertach Bilet Relacyjny) pokazywane były w poprawnych wartościach. To przerosło jednak możliwości TK Telekom. Za jednym zamachem postanowiono zlikwidować też moduł kilometrowy, także to ile kilometrów przejedziecie, będzie dla Was niespodzianką (jedną z wielu, które dopadną Was zapewne w przepastnym wagonie tego czy owego przewoźnika). Jak wobec tego teraz sprawdzimy ceny biletów? Są dwie opcje: a) przejść na stronę przewoźnika i dowiedzieć się jaka jest cena (na stronie PKP IC nie do zrobienia w czasie nocnych przerw technicznych, chyba że znamy odległość i trasę, wówczas możemy sobie pogrzebać w tabelach - dla osoby niezorientowanej niemal niewykonalne) b) w wypadku przesiadek na pociągi różnych spółek trzeba zestawić ceny z różnych stron internetowych i je do siebie dodać. Prawda, że proste?...

W imieniu pasażerów dziękuję! Enjoy Your ŻURNEJ.

poniedziałek, 27 grudnia 2010

Przewozy Regionalne Story

W Polsce po kilkunastu latach trwania burdelu na kolei i burdelu de-luxe w wersji totalnej w ostatnich dwóch latach, panowie posłowie w sejmie w końcu raczyli zauważyć problem. Poleciały łby, a co będzie dalej, czas pokaże, chociaż ja tam optymistą zbytnim nie jestem. Patologia jest już tak wielka, że należałoby to wszystko chyba wysadzić w powietrze i budować od nowa.

Zamiast podsumowania roku, mam dla Was kilka nowinek z życia wziętych. To tylko trzy moje zderzenia z koleją w grudniu, wszystkie są tragiczne w skutkach. Ale spoko, kiedyś walnę na zawał i przestanę pisać. Albo zamarznę w EN57. Będzie spokój.

Przyznaję się, że ostatnio po tyłku dostaje się ode mnie PKP Intercity i ich prześwietnemu produktowi pod tytułem "TLK" (ostatnio okazało się, że oznacza to jednak Twoje Linie Kolejowe, a nie Tanie Linie Kolejowe. Ale możliwe jest też, że samo PKP nie wie jak to się nazywa. W każdym razie nie są ani moje, ani tym bardziej tanie. Są Trupio-nędzne). Ostatnio jednak dwukrotnie udało mi się dojechać na miejsce TLK-ką z jakimś w miarę niewielkim opóźnieniem, ale za to z działającym ogrzewaniem nawet (jak się zapchało szpary w szybach papierem toaletowym z kibla, to już w ogóle luksus), także dzisiaj o innej kolejowej spółeczce, która frontem (okopy pod Verdun?) staje do klienta. Nazywa się to Przewozy Regionalne i dzisiaj pochwaliło się, że w wigilię odwołało tylko 41 pociągów w całym kraju. Sukces.

Jazda 19 grudnia, rel. Bydgoszcz Gł. do Słupska przez Chojnice. W miarę normalnie było do Chojnic (chociaż po drodze była przesiadka w Wierzchucinie, której w internetowym rozkładzie nikt nie odnotował), dokąd jedzie się prywatną koleją Arriva PCC. No... prawie normalnie, bo kurs Wierzchucin - Chojnice obsługiwał szynobus z PESY z "wygodnymi inaczej" siedzeniami. Ale książkę czytałem o wojnie rosyjsko-japońskiej i może to mnie jakoś na duchu podnosiło, że tam to wtedy gorzej mieli...

W Chojnicach czekało już na mnie najgorsze, czyli potwór SN81.



Błagałem Najwyższego, żeby zabrał to jak najdalej ode mnie, że może jednak nie dzisiaj, że ktoś inny przyjmie ten krzyż na siebie. Pan wysłuchał moich próśb - po wejściu do pustego pojazdu (nie było nikogo z obsługi, papiery i utarg leżał sobie na fotelu obok mnie) za chwilę przyszedł Pan kolejarz i powiedział, że na dzisiaj to już to nigdzie nie pojedzie i żebyśmy wyszli i czekali na coś w zamian. Jego mina, gdy to mówił, nie wyrażała zdziwienia - psuje się to podobno parę razy w tygodniu.


Wygodne wnętrze SN81




Tak więc jest nieźle, bo jazda SN81 przy plus 2, to było przeżycie ekstremalne, ale przy -12, to już raczej słaby żart.

Problem polegał na tym, że ja w Szczecinku miałem mieć tylko 6 minut na przesiadkę, a po 6 minutach zastępcze "coś" jeszcze nie przyjechało. Ostatecznie zziębniętych pasażerów zabrał duński szynobus pożyczony przez Przewozy Regionalne, tyle, że przy dojeździe do Szczecinka było już +25 minut. Zgłosiłem chęć przesiadki w Szcz., na co po chwili przyszła do mnie zadowolona konduktorka z tekstem: "na szczęście tamten też jest spóźniony". Aha. To git.

"Tamten", "ten", "to" - to było dobre określenie tego, co czekało na mnie w Szczecinku (regio rel. Poznań - Słupsk). Znalezienie odpowiedniego wejście nie było łatwe - połowa drzwi zablokowana, z karteczkami "drzwi nieczynne", w środku temperatura bliska tej panującej na zewnątrz. Szyby oblodzone, przedsionki całe w śniegu, a drzwi pomiędzy przedziałami się nie domykają. Ale najlepsze były i tak zajebiste plastikowe siedzenia (przejechanie trasy trwa w teorii 5 godzin i 30 minut). Co 30 minut wstawałem pochodzić wzdłuż pociągu, żeby nie zamarznąć. W końcu 40 minut po czasie dojechaliśmy do Słupska i ludzie w popłochu uciekli z tego jeżdżącego pomnika gomułkowskiej techniki.





Co na to dyrektor Labuda? Ano, że "zdarza się". CZYTAJ TU.

Dwa dni później Kinga wracała z BDG do SLU. Sytuacja jeszcze lepsza. Już w BDG regio do Piły miał 25 minut opóźnienia, które później tylko rosło. Ale w konsekwencji i tak nie miało to znaczenia, bo pociąg, którym miała z Piły dojechać do Szczecinka (regio Poznań - Kołobrzeg) w ogóle nie dotarł. Po 1,5 godziny dotarł do Piły regio w kierunku Słupska i po kilku postojach po drodze udało się jej dotrzeć do Słupska już 3 godziny po czasie. Co się stało z ludźmi chcącymi dotrzeć do Kołobrzegu? Nie wiadomo.

No i przypadek z 25 grudnia. Pociąg regio Słupsk - Szczecin dał radę dojechać do Sławna i tylko dwa razy zdążył popsuć się w Reblinie po drodze (co się działo dalej, nie wiem). Z powrotem natomiast nie udało się już wrócić, bo osobówka po 16:30 miała tylko 90 minut opóźnienia (podobno lód na trakcji, ale ja nie wierzę...). Oddaliśmy bilety (nie było problemu o dziwo) i do Słupska wróciliśmy samochodem znajomego.

Po tych kilku przypadkach mam dość kolei na jakiś czas, chyba, że będę musiał. Może poczekać aż zakończy się ta "mordercza" zima?

Na koniec news: od 1 grudnia wzrastają ceny za bilety we wszystkich spółkach. Tylko studenci zapłacą od nowego roku 49 % ceny biletu. Szkoda, że sobie dłużej nie postudiowałem. Z drugiej strony - furmaną wygodniej.

Pozdrawiam i szczęśliwego nowego roku.

niedziela, 28 listopada 2010

Kolej ciągle zaskakuje. Wspomnienia masochisty

Kolejny post na blogu: tak więc widzicie Państwo, że wciąż jeszcze mam ochotę walczyć ze ścianą. Nie wiem tylko jak długo, bo po ostatniej walce wciąż nie mogę dojść do siebie. Ale o tym na końcu.

Minęły wakacje i niestety z braku auta po raz kolejny trzeba było korzystać z usług tego, czego w cywilizowanym świecie ludzie nie odważyliby się nazwać koleją.
W połowie sierpnia wyjechałem sobie na Węgry i po raz kolejny przyszło odkrycie, że wszędzie lepiej niż w Polandii.

Trzeba było najpierw dojechać do Katowic z przesiadką w Stargardzie Szczecińskim. Cała jazda na TLK, z tym, że w tym drugim na całe szczęście był wagon rowerowy, zwany też kuszetką Cyganów, lub pierwszą klasą dla biedaków. Wagonów oczywiście za mało, więc taki rowerowy, to często jedyna szansa, aby jechać nocą w znośnych warunkach (jeśli znośnymi chcemy nazwać rozkładanie karimaty i śpiwora na brudnych dechach). Ale to i tak nieźle - pociąg się nie spóźnił i udało się dotrzymać przesiadkę na pociąg do Słowackiej Żyliny. W Katowicach pani nawet wiedziała, w ramach jakiej oferty sprzedać bilet, aby do granicy było taniej. No cud. Prawdziwy cud.

Słowo o Słowackiej i Węgierskiej kolei: Obsługa na dworcach przeważnie uprzejma i kompetentna, ceny biletów podobne do Polskich, ale liczba połączeń i standard większości pociągów jedna trochę wyższy (bo gorzej być nie może?). No i nie ma tak, że przez pół trasy Żylina - Bratysława jedzie się z prędkością 60 km/h. Na Węgrzech widać sporo inwestycji w kolej, zwłaszcza w tabor. Na tyle ile jeździliśmy, mogę powiedzieć, że pociągi są punktualne, na większości linii obowiązuje takt (u nas nie do pomyślenia: "niedasię"). Standard wagonów podobny do polskiego, czyli bez rewelacji. Za to znajomość angielskiego stwierdziłem i na dworcach (nawet małych) i u obsługi pociągów.


Poniżej: lokalny pociąg z Estergom, do Budapesztu


Poniżej: Taka sobie lokomotywa na bardzo sympatycznej trasie przez pusztę do Debreczyna


Była też krótka wycieczka do Rumunii i tutaj bez większych zmian: wagony dzielą się na syf straszliwy oraz na bardzo wypasione i to wszystko w jednej cenie przejazdu osobówką (u nich to personal się nazywa). Mają sporo problemów z infrastrukturą, ale czystość dworców i znajomość angielskiego, a także przystępne ceny biletów na pociągi najniższej kategorii czynią w moich oczach tę kolej przyjemniejszą od polskiej.

Poniżej: Ten konkretny wagon miał dziurę w podłodze na środku korytarza. Zdarza się...



Dobra, wracamy do naszego wypizdowa: powrót od bratanków na polskim odcinku odbywał się po trasie Rzeszów - Słupsk z planowaną przesiadką w Stargardzie na osobówkę (Teraz to się pięknie regio nazywa. Jest to nowa nazwa 49 letniego problemu o nazwie EN57). Rzecz jasna już na początku podróży pani kasjerka wyleciała na mnie z ryjem, że koleżanki studentki mi towarzyszące nie mogą sobie kupić biletu w ofercie "wspólny przejazd", no bo "nie". Dopiero po zjebie pani raczyła wydać bilety (upomniana także przez kolegę kasjera). Sama podróż mijała nam pośród chmur roztoczy, stęchlizny i kurzu w miarę przyjemnie aż do Poznania, odkąd pociąg zaczął łapać opóźnienia. I tak dojechaliśmy do Stargardu 25 minut po czasie, co skutkowało brakiem możliwości wykonania przesiadki. Wyobrażacie sobie jak to miło? Jechać z Rzeszowa ponad 15 godzin i dowiedzieć się, że dalej "ni ch..."? Nasze nerwy nie wytrzymały i narobiliśmy syfu o tyle skutecznie, że uzyskaliśmy możliwość dojazdu do Słupska następną TLK-ką, która jechała już za... 2,5 godziny.
Ech... fajniuchno.

Od tego czasu telepałem się koleją jeszcze kilka razy. Najważniejszą nowiną ostatnich tygodni jest to, że na linii Słupsk - Szczecinek zagościły dwa duńskie szynobusy, które zostaną tu na długo. Przez parę tygodni jeździł także polski, kilkuletni szynobus z Pesy. Jego pojawienie się na stacjach wróżyło pasażerom odciśnięte tyłki od siedzeń wygodnych niczym krzesło ogrodowe przymocowane do młota pneumatycznego. Przez jakiś czas prawie dwugodzinną podróż pasażerom umilał także smród kału, który przyjemnie podskakiwał sobie w próżniowym kiblu, którego nie miał kto opróżnić (podobno w Słupsku nie da rady tego zrobić). Oczywiście z ubikacji wtedy korzystać nie było wolno. Do tego na tej trasie pociągów jest ciągle mniej niż przez katastrofą w lipcu (czytaj tutaj), bo Przewozy Regionalne nie mogą się dogadać z Polskimi Liniami Kolejowymi na temat sygnalizacji na szlaku.

Z takich przygód, o których chciałbym wspomnieć tylko słówkiem, jest fakt odbycia przeze mnie podróży czymś takim:



Osoby, które nie miały okazji zrobić tego wcześniej, z zamierzają przeżyć coś niezapomnianego, zapraszam na linie kolejową Szczecinek - Chojnice, gdzie w przypływie czarnego humoru kolejarze wypuszczają to czasami na trasę. Na uwagę zasługuje niezwykłe amortyzowanie wstrząsów, w którym człowiek sam pełni rolę sprężyny/wahacza. Twórców tego czegoś należy wyróżnić również za chęć wprowadzenia rodzinnej atmosfery do wnętrza. Wyraża się to w tym, że siedząc na przeciwko kogoś, należy włożyć mu nogę pomiędzy kolana, bo innej możliwości nie ma. Z resztą, same siedzenie nie jest takim "hop-siup". Arcywygodne siedzenia, sprawiają, że już po 20 minutach jazdy chcemy wstać i nigdy więcej już w życiu nie usiąść. Silnik pracuje tak cicho, że wprowadza nas w klimat jatki frontowej z I wojny światowej. Charakterystyczne szarpnięcia towarzyszące zmianie każdego biegu (robi się to tak jak w ciężarówce) sprawiają, że nie jesteśmy w stanie ani na chwilę zapomnieć w czym się znajdujemy (niestety niezmienne pozostaje pytanie: dlaczego?) Kibel przypominał to, w czym łajkę wysłano na księżyc (już nie wróciła na ziemię). Ogrzewanie posiada chyba dwa stopnie: "piekło" oraz "odmrożenie kończyn". Szyby z jelcza 120M żywcem wyjęte, szczelność podobna. Dość...

Pogromca linii kolejowych: miluchne wnętrze...


I jeszcze ostatnia przygoda (to znaczy było ich więcej, ale wiem, że szykuje się zima i wszystkie wkrótce zbledną przy tym, co nas tradycyjnie czeka w gierkowskim potworze EN57 i niewiele nowszych wagonach TLK)

21 listopada przyjechałem do Gdańska Gł. na godzinę 15:24 pociągiem TLK od strony Bydgoszczy. W budynku dworca sprawdziłem o której mam następny TLK w kierunku Słupsku (16:34). Wróciłem na dworzec odpowiednio wcześniej, na 16:25. I od tego momentu zaczyna się już czeski film.

Wszystkie wyświetlacze na peronie drugim, z wyjątkiem jednego, nie działają, ten zaś który działa, funkcjonuje połowicznie (peron drugi), komentarze z megafonu są kompletnie niezrozumiałe (bełkot), dało się z tego wyłowić poszczególne słowa, takie jak "pociąg", "Przewozy Regionalne", "Intercity". Padł komunikat kompletnie nie zrozumiały, a na jedynym sprawnym wyświetlaczu pojawił się napis: opóźnienie: 30 minut. Oczywiście stało się to o godzinie 16:38, czyli już po planowanym odjeździe.

Zszedłem do przejścia po coś do jedzenia, bo nie spodziewałem się, że moja podróż z Bydgoszczy ostatecznie potrwa 7 godzin i zjeść coś trzeba. Dokładnie 7 minut później jestem już na stacji przy samym budynku dworca i widzę wjeżdżający od strony Tczewa pociąg TLK. Padł jakiś komunikat (blelelelele, buatrrrrrrrrrrrrr sru, blalalala): zero szans zrozumienia. Pociąg stał przy peronie może minutę po czym pojechał w siną dal. Zaznaczam, że gdybym zrozumiał, to co pani mówi do mikrofonu, to może bym i pogalopował, ale skąd miałem się domyślić, że 30 minut dla kolei, dzięki magicznym słowom "opóźnienie może ulec zmianie" oznacza tak naprawdę minut 12? Na peronie było na prawdę zimno, wiał wiatr.



Mówię sobie nic to, skoro następny pociąg miał być dokładnie o 17:10. Z peronu postanowiłem się już nie ruszać, ale oto słyszę kolejny bełkot i widzę jak na jedynym czynnej tablicy dopisuje się 20. Po 20 minutach mamy 40. Finalnie pociąg odjechał 50 minut po czasie, głosu z głośniku już nawet nie słyszałem. Przy okazji poczyniłem ciekawe spostrzeżenie. Papierowa tablica odjazdów na peronie 2 znajduje się przy krańcu tczewskim, przyjazdy, 200 metrów dalej w stronę Gdyni.

Ale to nie koniec jeszcze. Około 17:30 dojechała na dworzec SKM z Pruszcza w kier. Słupska. Ludzie, myśląc, że to właśnie któryś z zagubionych TLK wsiedli do tego pojazdu (co było dalej, można się spodziewać...)

Jakoś w końcu do Słupska dotarłem, następnego dnia miałem 38.5 i jakieś przeziębienie. nic to, nic to...

A za parę dni poznamy nowy rozkład jazdy na 2010/2011. Po za tym zima to zawsze kupa śmiechu. Także zapraszam serdecznie!

wtorek, 20 lipca 2010

Wakacyjne przygody z koleją, czyli tłok, pot, przekleństwa, brud i spóźnienia (+łapówki w rączki kolejarzy)

Co jest przyczyną tego, że w Polsce ludzie chcą jeszcze jeździć koleją? Zastanawiam się, mocno, bo pasjonatów rozumiem (staram się), ale zwyczajnych podróżnych już nie. W zasadzie nie ma tygodnia, żeby do mojej pracy nie przyszedł ktoś, albo nie przyszedł mail w sprawie pkp. W mailach jest wszystko. Od osranych kibli, przez walkę o miejsce, do noclegu na stojąco. Słowem: zaczęły się wakacje.

Ale najpierw krótko o moich najnowszych perypetiach. Na początku czerwca wybraliśmy się z dziewczyną w małą podróż po Polsce na biletach weekendowych. Trasa: Bydgoszcz - Warszawa - Poznań - Wrocław - Bydgoszcz. Nie były to jeszcze wakacje, toteż wielkiego tłoku nie było w wagonach. Ale przygody, owszem - były. To był chyba 6 czerwca.

Po godzinie 7 rano TLK z Bydgoszczy do Warszawy. Wagony - stare i śmierdzące w korytarzach, ale to co nas spotkało w przedziałach przeszło moje najśmielsze wyobrażenia. Po 2-3 minutach spędzonych w środku dostaliśmy jakiegoś ataku kataru, łzawienia i kaszlu. Gdy walnęło się ręką w siedzenie, w powietrze leciała momentalnie wielka chmura kurzu. Zastanawiam się, czy ktokolwiek, przez (na oko) jakieś 30 lat istnienia tego wagonu odkurzył kiedykolwiek siedzenia. No dobra, jest okej, w każdym razie pociąg jedzie, a że jak zwykle do Warszawy dojeżdża opóźniony kilkanaście minut, to już nawet nie zwracam uwagi. Kto by to liczył.

W stolycy kilka godzin i dalej w podróż. Mieliśmy jechać składem do Bydgoszczy i w Kutnie przesiąść się na TLK do Poznania (ponieważ koleżanka wracała do Bydgoszczy), no ale ze względu na kolejne spóźnienie pociągu do Bydgoszczy, jednak pojechaliśmy prosto do Poznania. I tutaj wielkie zaskoczenie, o dziwo pozytywne. Skład TLK po godzinie 19 to był wypas. Bezprzedziałowe wagony, klimatyzacja, czyste kible (chociaż nie mogło być cudownie - w naszym wagonie był jeden popsuty i śmierdziało w całym wagonie kałem w odstępach kilkuminutowych). Prawdopodobnie był to skład ściągnięty z jakiegoś EIC, nie wiem, czy jeździ taki na co dzień. No ale znowu - spóźnienie. Kilkanaście minut, no ale nasz pociąg do Wrocławia już nie czekał i omyłkowo wsiedliśmy do innego TLK jadącego do Katowic przez Żmigród. Trochę w tym naszej winy, trochę pkp, bo szczekaczka wyraźnie zapowiadała pociąg do Katowic przez Wrocław. No dobra. Mimo braku wody w kiblu jakoś do Katowic dojechaliśmy (nawet bez spóźnienia), a dalej przesiadka w Katowicach i do Wrocławia jakoś dało radę.

Powrót też był ciekawy o tyle, że z Wrocławia jakoś do Poznania w syfie dojechaliśmy, ale w Poznaniu mieliśmy już dodatkowe minutki, bo TLK do Gdyni ponownie złapał, z tego co pamiętam, jakieś 20 minut opóźnienia.

Prawdziwy podarunek od losu czekał mnie natomiast podczas podróży z Bydgoszczy do Słupska przez Trójmiasto. Sama podróż odcinkiem Bydgoszcz - Gdańsk trwała prawie 4 godziny. Podróż, zwłaszcza od Bydgoszczy do Laskowic Pomorskich to prawdziwa przygoda, ponieważ często jedzie się z prędkością 30 km/h a nawet i wolniej. Przesympatycznie tak się jedzie (nie rozumiem, dlaczego przewoźnicy autobusowi nie jeżdżą do Trójmiasta z Bydzi, przecież przy tym podejściu PKP PLK do torowisk była by to żyła złota). W Gdańsku czekam na TLK Białystok - Szczecin, czyli dawnego Rybaka. Czekam, czekam, choćby na zapowiedź, ale jej nie ma. Po chwili jest: 60 minut w plecy. Aha, myślę sobie, to idę na miasto. Wracam po 50 minutach, żeby mnie PKP w konia nie zrobiło, że jednak przyjechał wcześniej, co przecież się zdarzało mi już wcześniej. A tu informacji nie ma żadnej: ani na tablicach, ani megafonowej. Czyżby pociąg zniknął? Idę więc do informacji zapytać co też się stało. Ano stało się to: "a tu się coś zepsuło na tablicy, ale ja zaraz zadzwonię, żeby zrobili. A ten pociąg to teraz ze 100 minut opóźniony". Ostatecznie spóźniony był minut 120, przez 50 minut mojego oczekiwania na peronach nikt o spóźnieniu przez megafon nic nie powiedział. Na przodzie pociągu dwie lokomotywy - znać, że jedna powiedziała "nie" (bo wiecie, lokomotywa, która ma prawie 40 lat, może się czasem popsuć). Pasażerom nie bardzo, ale konduktorowi humor dopisywał ("nam płacą za godziny, im dłużej jedzie, tym więcej dostajemy"). Wagony - burdno. I pomyśleć, że jeszcze 4 lata temu ten pociąg wyglądał na prawdę przyzwoicie.


Następna podróż wypadła mi 9 lipca. No tu, to już się wkurwiłem (przepraszam wrażliwych, ale może ktoś z kolei przeczyta, bo jest to słowo, którego pasażerowie używają bardzo często w stosunku do realiów podróży: "kurwa", "wkurwiło", "wkurwiająca/y").

TLK Łeba - Wrocław. Odjazd ze Słupska, chyba 23:26. Pociąg ciągnie 5 wagonów, w tym (uwaga!) 3 z kolonią i 1 pierwszej klasy. Dla pasażerów udostępniono jeden wagon 2 klasy. Było tak na całym odcinku z Łeby do Białogardu (około 180 kilometrów) i dopiero tam, bo wielkich męczarniach (postój trwał chyba 30 minut) dołączono kolejne wagony z Kołobrzegu, które były trochę luźniejsze. Na odcinku ze Słupska do Białogardu było pełno ludzi stało na korytarzu, od Sławna już w ścisku niemal jak bydło. Ale spoko, sądząc po tym, co dzieje się w innych pociągach to i tak możemy uznawać się za szczęśliwców. Polecam przeczytanie tego:

Spoko klimat: pasażerowie biją się o miejsce w pociągu. Fajnie, że mają jeszcze tyle sił, bo ja, gdy wchodzę do jakiegoś sezonowego TLK, to mam ochotę tylko płakać, lub wymiotować.



Linia Wrocław - Międzylesie. Bardzo sympatyczna linia, tylko zapuszczona, jak większość torów w PL

Wracając do opowieści - skład przyjechał do Wrocławia opóźniony 30 minut i cudem poczekał na nas pociąg do Pardubic (my wysiadaliśmy w Kłodzku). Zdyszani ledwo zdąrzyliśmy wsiąśc a już jakaś nadgorliwa amatorka pana Jezusa natarła na nas z pazurami, że niby do lekarze przez nas nie zdąży. Atak słowny został skutecznie odparty, a my już spokojnie dojechaliśmy do Kłodzka eleganckimi czeskimi, czystymi wagonikami. Jechało się na prawdę fajnie. Dalej chcieliśmy dojechać do pociągiem do Kudowy, jednak Przewozy Regionalne powiedziały "nie" ze względu na katastrofalny stan torów i na tej trasie (jednej z najpiękniejszych w Polsce) jeżdżą już obecnie tylko autobusy.



Sympatyczny przedział czeskiego wagonu

Powrót także obfitował w przygody. Już zakup biletów na stacji Kłodzko Miasto to przygoda nie z tej ziemi. Chamstwo kasjerek oraz nieznajomość przez nich zakresu obowiązywania ofert stawia ich kasę w górnym rzędzie najfajniejszych kołchozów w Polsce. Po wyjściu z tego przybytku już spokojnie czekaliśmy na pociąg, kiedy z megafonów popłynął bełkot uświadamiający wszystkim szczęśliwcom opóźnienie pociągu rzędu 30 minut, a potem chyba 40. Już na tym etapie wiedziałem, że we Wrocławiu możemy mieć problemy z przesiadką na TLK do Poznania (tam chcieliśmy spędzić noc). Potwierdził to tylko bezbłędny konduktor, który wprawdzie nie wiedział o której odjeżdża nasz TLK z WRO, ale stwierdził, że 30 minut na przesiadkę (które mieliśmy) to teraz mało w obliczu tego całego syfu na kolei i następnym razem radzi planować podróż z 2 godzinnymi przesiadkami, bo we Wrocławiu jest remont dworca (potrwa dwa lata, hurra!). No a poza tym "jedyna nadzieja, że tamten też się spóźni) i "wszystko się psuje, a zwłaszcza te jednostki" (o złomie EN-57). Oczywiście do Wrocławia opóźnienie jeszcze wzrosło i mowy o przesiadce nie było.
Ostatecznie zrezygnowaliśmy więc z wizyty w Poznaniu i pojechaliśmy prostu do Słupska nocnym TLK (relacja Wrocław gł. - Łeba, czyli ten sam, którym tu przyjechaliśmy). Tutaj, poza tym, że w naszym przedziale mieliśmy wyrwane z prowadnic drzwi, które smętnie zwisały niczym owiewki w samolotach myśliwskich, było ok. I nawet punktualnie na miejsce dojechaliśmy.

Uff. Koniec. Za parę dni część dalsza.

P.S - Info na dzisiaj: w PKP IC nie ma już w nocnych pociągach ochroniarzy. Podobno się nie sprawdzili. Ale jak nie wiadomo o co chodzi, to...

poniedziałek, 17 maja 2010

PKP precz z torów. Zaorać, budować od nowa

Zastrzegam, że tym razem będzie długo, być może dość nerwowo i nie do końca chronologicznie. Kumulowało się we mnie to od początku kwietnia, teraz pora to wydusić z siebie. Trudno pisać cokolwiek, kiedy brak słów, może więc należałoby wyjść na tory, albo położyć się krzyżem na torach i przegryźć je zębami. Nie wiem, nie wiem.

Nie było mnie w Polsce ponad tydzień od 6.V do 14.V. W tym czasie wojna między spółeczkami kolejowymi i długi, jakie Przewozy Regionalne mają u właścicieli torów, czyli PLK (tu małe przypomnienie: stawki za dostęp do torów, które w większości nie nadają się nawet na to by z nich zrobić podporę do działkowej altany, są jedne z najwyższych w Europie) spowodowały, że na trasę nie wyjechało 48 popularnych, bo tanich, pociągów InterRegio. Dotknęło to także Słupsk, bo nie wyjechał IR Słowiniec i IR Albatros, który z resztą nie jeździ po dziś dzień. Standard tych składów urągał nazywaniu ich pociągami, były jednak konkurencją dla PKP IC i ich niewiele lepszych, ale znacznie droższych TLK (dawne pospieszne).

Parę tygodni wcześniej pekapowska ekipa z PKP IC wymyśliła, że obniży ceny miejscówek na swoje najdroższe pociągi, czyli EIC. Pomysł świetny. Tylko przyklasnąć. Przynajmniej takie nastroje były w internecie po przeczytaniu oficjalnego komunikatu na stronie internetowej intercity.pl. Coś mi tu jednak nie grało. Jak to, jakaś pozytywna zmiana na kolei pekapowskiej?
Oczywiście miałem rację - to niemożliwe. O co chodzi? A no o to, że spadły ceny miejscówek, ale równocześnie poszły w górę ceny samych biletów. Wniosek: bilety są dokładnie tak samo drogie jak były.

Jeszcze o cenach biletów naszej polskiej, narodowej chluby, jaką jest niewątpliwie cała wąsata PKP. Już od dawna było dla mnie niezrozumiałe, jak to możliwe, że bilet na pociąg, który na zachodzie byłby hitem może w latach 60-tych, kosztuje tak dużo. Z całą mocą doszło do mnie to podczas mojego pobytu w Portugalii, z której wróciłem parę dni temu. Zważywszy, że w Portugalii średnia płaca jest prawie dwa razy wyższa niż w Polsce, przeżyłem szok.

Oto porównanie:

Pociąg EIC rel. Gdańsk Gł. - Warszawa Centralna 329 kilometrów w czasie 5h. 13 min. =101 zł.

Pociąg InterCidades rel. Lizbona - Porto Campanha 314 kilometrów w czasie 3h. cena = 20 euro, czyli około 80 złotych zważając na obecny kurs euro.



Lokomotywa prowadząca skład jednego z Intercidades. Prędkość maksymalna do 200km/h i ten pociąg tyle jedzie

Standard podróży wymienionymi pociągami jest na korzyść podobno kolei "chorego człowieka Europy", czyli (bo się jeszcze ktoś pomyli), w Portugalii. W Polsce nikt nie myśli o tym, że skoro linie się remontuje i czas podróży się wydłuża, to może by tak ceny poszły w dół, żeby ludzi przyciągnąć do usługi. Biorąc pod uwagę poziom zarobków, standard usług i wszystkie inne czynniki, mamy prawdopodobnie najbardziej pazerną na pieniądze kolej na świecie, która nie liczy się z nikim i niczym. Z czegoś trzeba przecież utrzymywać te tysiące kolejowych darmozjadów (dobrzy kolejarze nie pogniewają się na taki opis sytuacji, wszak powinni mieć podobne zdanie o funkcjonowaniu trupa pod nazwą PKP jak pasażerowie.



Pozdrowienia z Portugalii. Alfa Pendular i 220 km/h V.max. U nas też takie miały być.

Co jeszcze stało się podczas mojej nieobecności w kraju? Przestał jeździć przez Słupsk pociąg EIC Słupia ze względów ekonomicznych (podobno). Kawał jest tego typu, że odwołano go nawet tam, gdzie był pełny, czyli między Trójmiastem a Warszawą. U nas też jeździł kiedyś całkiem nieźle napełniony. Do czasu, kiedy ceny za bilet przy tym czasie jazdy nie zaczęły przypominać kpiny. Ale nawet mimo tego, że wiele osób (nawet u mnie w pracy) wyrażało chęć jazdy tym pociągiem, to niestety terminy ich spotkań służbowych jakoś nie chciały się pogodzić z życzeniem wszechwładnego molocha, aby ludzie do Warszawy jeździli w soboty i poniedziałki, bo tylko wtedy toto jeździło. Oczywiście nie podejmowano żadnych działań aby zachęcić ludzi do jeżdżenia tym pociągiem (promocje, obniżki cen, cokolwiek...). Panowie władający tworem pod nazwą PKP IC już dawno dokopali się do jądra głupoty. A słupski PKS już zaciera rączki i podnosi ceny (i tak taniej niż na kolei, a czas jazdy podobny, więc mogą sobie na to pozwolić). W zasadzie jedyny sensowny sposób, aby dotrzeć na rano do Warszawy to w tej chwili wyłącznie autobus. Podobnie jest w Koszalinie.

Ale to nie koniec.

1 czerwca wyleci z rozkładu przynajmniej kilkanaście pociągów TLK, a może i więcej. Nie są to bynajmniej pociągi, które wożą powietrze. O tak po prostu, z różnych przyczyn wylecą. Na przykład dlatego, że jest mało wagonów, bo część została odstawiona na tereny PKP i przed nikim nie chroniona została zdewastowana przez meneli (czytaj TU), albo z takich, że na linie, które nie są zelektryfikowane, trzeba pożyczać lokomotywy od PKP Cargo, a to "się nie opłaca". Nie sądzę, aby ktoś w ogóle liczył pasażerów w pociągach, które pójdą do likwidacji. Na ile dni wcześniej pasażerowie dowiedzą się o tym, że nie pojedzie ich pociąg? Rzecznik PKP Intercity bez zażenowania mówi, że stanie się to na 7 dni przed ich wypieprzeniem z rozkładu. Polska, taka kraja w środka Europa. Wszyscy w domu zdrowie.

Sposób w jaki najgorsza kolej Europy traktuje swoich klientów już od dawna woła o apelację u Ojca Świętego. Powiedzcie, czy kiedykolwiek udało się Wam (poza Warszawą) spotkać kasę biletową z obsługą w języku angielskim? A może chociaż (poza Warszawą) automat do sprzedaży biletów z językiem angielskim do obsługi tegoż?

Ot, ja na przykład próbowałem kupić bilet na pociąg osobowy z Bydgoszczy do Piły i dalej TLK ze zniżką 26 (jest takie coś, co pozwala osobom nie będącym studentom płacić za bilety do 26 roku życia 26% mniej, to jedna z fajnych ofert, która się ostała) do Słupska. Byłoby dziwne, gdyby pani sprzedała mi bilet właściwy. Po raz kolejny pomyliła relację. Na cud zakrawa fakt, że kobiety w kasach w Słupsku po dwóch latach od istnienia oferty, potrafią już sprzedać Regio Karnet. Ale z kolei konduktorzy w pociągach wciąż nie wiedzą co to jest.

To i tak wszystko jest zaledwie dziecięca zabawa przy możliwościach, jakie ma piździszewicka kolejka prasłowiańska. Ot na przykład jakieś dwa tygodnie temu kolega opowiadał, jak to jechał TLK z Wrocławia do Szczecina i pan konduktor zapraszał do swojego przedziału pasażerów, gdzie sprzedawał im bilet w ofercie "daj do łapy, to pojedziesz połowę taniej". Mi z kolei wielokrotnie zdarzała się sytuacja (głównie na linii Piła Gł. - Bydgoszcz i z powrotem), kiedy konduktor (to z kolei niemal równie zasłużona w uszczęśliwianiu ludzi spółka Przewozy Regionalne) w ogóle nie sprawdzał biletów, bądź pozwalał za darmo podróżować swoim znajomym.

Nie ma co się oszukiwać: polska kolej to obszczany i obsrany dworzec w Gdańsku Wrzeszczu (chyba nawet tabory słowackich cyganów wyglądają lepiej), to kibel pociągu TLK, którym jechałem w nocy z piątku na sobotę (z 14 na 15 maja), a w którym to było na oko jakieś 4 centymetry wody w podłodze, z dachu leciał deszcz kiblanej wody (zbiornik jakiś pękł - nie może być...). To też harcerze, którzy wyczyścili jeden z dworców na południu polski, a potem dostali za to zjeby od PKP (o tutaj więcej) Ludzie w kraju nad Wisłą bardzo lubią kolej, nienawidzą za to szczerze całego PKP.

Dlaczego tak jest? Przytoczę cytat z wypowiedzi v-ce ministra infrastruktury odpowiedzialnego za kolei (który chyba z resztą jej nienawidzi), która chyba wszystko wyjaśnia. To nie jest kawał. Ten facet mówi to poważnie.

"Uważam, że sieć ta - choć zmniejszyła się w ciągu 20 lat o 5 tys. km - jest ciągle za duża w stosunku do potrzeb. PKP PLK ponosi koszty utrzymania 19 tys. km sieci, podczas gdy ok. 90 proc. pracy przewozowej jest realizowana na 14 tys. km. To oznacza, że 5 tys. km jest słabo obciążonych i należałoby przestać je użytkować."(za wnp.pl)

I jeszcze sytuacja, w której ten sam człowiek w zasadzie chwali pomysł uwalenia wielu pociągów, bo "jest kryzys", zamiast szukać innych rozwiązań (ludzie odeszli od kolei, bo nie ma już wspólnych tańszych biletów pomiędzy spółeczkami i podrożały one jednocześnie bardzo, a standard podróży wciąż taki sam jak 30 lat temu)

"Należy też zauważyć, że w 2009 r. nastąpił spadek liczby przewiezionych pasażerów w stosunku do 2008 r. o około 10 mln osób, co jest poważnym ograniczeniem popytowym i ma niewątpliwie związek z ogólnym kryzysem gospodarczym. 10 mln – to jest bardzo duża liczba pasażerów po stronie popytowej, spadek. Na ten spadek przewoźnicy kolejowi powinni generalnie zareagować zmniejszeniem podaży, odwołaniem pociągów czy skróceniem ich składów, i tak zresztą uczyniła spółka PKP InterCity. W roku bieżącym na przykład ograniczyła swoją ofertę w I kwartale 2010 r. w stosunku do końca 2009 r. o 47 pociągów, a łącznie w stosunku do 2008 r. o 88 pociągów."(źródło: orka2.sejm.gov.pl)

Osobiście jestem przekonany, że dopóki kolej będzie się równała PKP, możemy powoli oswajać się z myślą, że to koniec tego środka lokomocji w tym kraju. I na nic zdadzą się pomysły z wariatkowa wzięte (przy tym stanie linii lokalnych), budowy jakiejś tam szybkiej kolei. Wszystkich tym, którzy mają cień wiary w molocha-trumienkę PKP, polecam przejażdżkę dowolnym pociągiem Arrivy, kursującej w województwie Kujawsko-Pomorskim.

A tak w ogóle, za dwa lata mamy Euro 2012. Ale będzie wstyd.

Na koniec optymistyczny akcent: kilkanaście tygodni temu opisywałem sytuację, w której Przewozy Regionalne zostawiły nas w polu. Wszyscy do tego uprawnieni dostali zwrot kasy za tę niedokończoną podróż.

środa, 31 marca 2010

I nie ma że nie ma

Po protestach tysięcy czytających i władz Wyrzyska (i Osieka), chciałbym dodać, że tak naprawdę nie mam nic przeciwko temu, aby każdy pociąg, nawet kategorii InterŚwiat się zatrzymywał na stacji Wyrzysk-Osiek. Żądam, aby to była stacja końcowa dla wszystkiego co się rusza. Przepraszam, proszę, dziękuję.

http://www.youtube.com/watch?v=TwHdrY_pbJI&feature=related

Dla rozluźnienia nerwów o 1:40 w nocy.

poniedziałek, 29 marca 2010

Dramatu na torach ciąg dalszy

Witam serdecznie po dłuższej przerwie. Wiecie, rozumiecie... ostatnio sporo jeżdżę koleją (wciąga jak narkotyk, z podobnymi efektami ubocznymi: wymioty, zgaga, długie godziny snu po męczarni w EN57) i przytłoczyło mnie to wszystko.

Idzie wiosna - idzie nowe. Pociągi - trupy przestaną już zamarzać w polu, drzwi w składach będą się otwierać. Może w kwietniu pojawi się nawet woda w kiblach (od grudnia do końca marca przejechałem się łącznie około 45 pociągami Regio, InterRegio i dwa razy TLK. Wody nie było w ani jednym klopie i zlewie). Tak przynajmniej myślałem, no ale 17 marca musiałem wsiąść do pociągu w kierunku Szczecinka (aby dalej z przesiadkami dojechać do Bydgoszczy) i mega-rakieta złożona z piętrusów (konstrukcyjnie koniec lat 30-tych XX wieku) ciągniona przez czerwono-srebrny twór polskiej myśli technicznej, stanęła tuż za Kępicami i powiedziała dość. Z resztą: lokomotywa ta lubi takie akcje, podobno już parę razy postanowiła zdechnąć w tym roku.



Przesiadki się sypnęły, pani konduktor nie może nawet zadzwonić do przełożonych (telefon z Plusa - brak zasięgu), nie ma też oczywiście służbowego rozkładu jazdy i nie jest w stanie nic powiedzieć podróżnym, którzy podobnie jak ja i jeszcze kilkanaście osób, chciały dostać się gdzieś dalej niż do Miastka, czy Szczecinka. Łaskawie pożyczyłem pani konduktor swój telefon, a przesiadki posprawdzałem zdalnie dzwoniąc do Adasia. Okazało się, że dupa blada, ale tego dnia dojedziemy co najwyżej do malowniczej stacji Wyrzysk - Osiek, bo kiedy w końcu nasz stojący w polu złom ruszył, (został dociągnięty do stacji Szczecinek przez następny pociąg na tej trasie) w Szczecinku pozostała już tylko opcja do Piły i dalej właśnie do Wyrzyska.
To w ogóle jest zajebiście genialna konstrukcja - bowiem, ktoś uznał, że do Bydgoszczy z Piły ten pociąg jeździ tylko w niedzielę, a w resztę niegodnych wieczorów, kiblować ma na Wyrzysk-Osiek Centralny. Po co? Dlaczego? Widać 16 osób, które jechało tym pociągiem to mega wypas i kolei nie opłaca się doprowadzić tego połączenia ani do Bydgoszczy, ani do Nakła.
Całe szczęście, że z Wyrzyska zabrał nas autem człowiek, którego udało nam się sprowadzić z Bydgoszczy. Nie chciałbym umierać w Wyrzysku przy temperaturze +2. Ale za paliwko trzeba było zapłacić. Tym razem jednak wściekłość moja i współpasażerów sięgnęła stanów górnych i w 3 osoby napisaliśmy reklamację, żądając zwrotu pieniędzy za bilety i paliwo (mi akurat nic nie oddadzą, bo jechałem na RegioKarnecie, a nie na bilecie relacyjnym - ot, taka przestroga, dla miłośników tej oferty, do których sam należę). Sprawa jest w toku, list polecony razem z fakturą za paliwo i dołączonymi biletami wysłany do Przewozów Regionalnych. Zobaczymy co będzie dalej.

Coś jeszcze mi się przypomina, a propos RegioKarnetu. Kolega, który ostatnio kupił ten bilet za moją namową, przejechał relację Słupsk - Szczecin i Szczecin - Słupsk (dwa dni) i według wszelkich prawideł powinien mieć wykorzystane dwa, z trzech odcinki tego biletu. Tyle tylko, że nie widział, iż trzeba go podbić albo w kasie, albo w pociągu u konduktora. Co w tej sytuacji zrobili panowie kolejarze? Nic! Po prostu wbijali numerki na czystym blankiecie, które w tej sytuacji znaczą tyle co nic. Więc kolega nadal ma 3 dni przejazdów i obiecał sprawdzić jak długo panowie konduktorzy, którzy nie wiedzą czym jest RegioKarnet raczą tolerować ten proceder. Może będzie jeździł bez końca za 55 złotych?

To całkiem możliwe - ponieważ z doświadczenia wiem, jaka jest znajomość w Przewozach Regionalnych czegokolwiek, co nie jest zwykłym biletem. Kilkakrotnie już mi się zdarzało, że za legalizację RegioKarnetu chciano ode mnie pieniędzy (!), innym razem konduktor orzekł, że mam już bilet wykorzystany i on mi podbije następny dzień (mimo, że działo się to jednego dnia - uznał chyba, że jedna pieczątka z poprzedniego pociągu = jeden odcinek biletu). RegioKarnety kupuję bez problemu tylko w Bydgoszczy - w Słupsku jest wieczna niewiedza i długie minuty wystane przed okienkiem, zanim pani się połapie w blankiecikach. Co ciekawe - bilet ten znacznie łatwiej kupić w kasach PKP Intercity, niż w okienkach Przewozów, które przecież firmują Karnet. Paranoja, ale to tylko jedna z wielu.

Z kraju: pociągi wracają w Bieszczady, to znaczy na razie tylko osobowe. Nie do końca wiadomo czy będą w ogóle będą skomunikowane z jakimiś składami dalekobieżnymi na stacjach węzłowych, bo kolejarzom i tamtejszemu urzędowi marszałkowskiemu zależy na to, aby była praca, a nie pasażerowie. Czyli wszystko po staremu.

Do tego Przewozy Regionalne mają się wynosić z kas dworcowych - nie dogadały się z wszechpotężnym, wielkim i mocarnym PKP. Durno i straszno. Cholera wie co będzie w tej kwestii.

A jeszcze tak na marginesie: Wrocław dzieli od Pragi prawie 300 kilometrów. Co się okazuje? Między oboma miastami nie istnieje bezpośrednia komunikacja koleją. Pozostawię to bez komentarza.